Blog

Zmieniłam nastawienie Daniela do wychowywania dzieci – przynajmniej w tej jednej, jedynej kwestii.

8 sierpnia 2018

Odkąd zaszłam w ciąże milion razy mocniej wpływają na mnie informacje o tym że jakieś dziecko jest w potrzebie. Jacyś rodzice gdzieś niedaleko, bądź na drugim końcu Polski czy tez na odległym kontynencie proszą obcych ludzi o pomoc. Nie dostali od Boga w darze zdrowego dziecka, a jednak robią wszystko każdego dnia by mu pomóc. Wiemy gdzie żyjemy, jak funkcjonuje u nas polityka – nie wszyscy otrzymują szansę by leczyć się w naszym kraju. Często mamy do czynienia z kosmicznymi kwotami za leczenie. A wiecie co jest najgorsze?

Że tego nie doceniamy. 

Codziennie mamy chwile zwątpienia. Zmęczenie wygrywa z nami po całym ciężkim dniu z dziećmi w domu. Wracając z pracy nie masz opcji odpoczynku, zanim to nastąpi odbywa się szereg różnych czynności przygotowujących chociażby dzieci do spania. To męczy, Jestem matką i doskonale to rozumiem. Ba! Jeszcze trzy lata temu byłam z tym całkowicie sama i było jeszcze gorzej – i uwaga.. też nie doceniałam. Nie doceniam każdego dnia tego co mam tak jak powinnam. Nie jestem idealną mamą bo podnoszę głos gdy cierpliwość moja jest na granicy wyczerpania. Wrzeszczę gdy zwykłe słowa nie docierają. Słyszy mnie całe osiedle, podczas usypiania Blanki – chociaż z tym ostatnim jest już lepiej, to kryzys który się u nas pojawił działał źle na wszystkich mieszkańców naszego bloku – bo oni też nie mogli spać! Wiesz ile rodzice chorych dzieci zrobiliby dla takich problemów?

Ale jest jedna rzecz której nie zrobiłam nigdy i nie zrobię – bo jednak mimo wszystkich zwątpień doceniam to co mam – doceniam że mam zdrowe dzieci.

Nigdy nie uderzę moich dzieci.

Jest mi czasem ciężko. Bo podobno wychowujemy dzieci na wzór tego jak sami byliśmy wychowywani. Ja nie raz dostałam na dupę. Jednak u mnie działa to w zupełnie inną stronę, przez to co miałam ja wiem, czego nie chcę dla moich dzieci. Nie wyobrażam sobie bym miała dać im klapsa. Wypracowaliśmy już swoje inne sposoby na to, by okiełznać dzieci. Jest nawet taka jedna moja charakterystyczna mina, mówiąca im „dzieciaki, jeszcze chwila i będzie eksplozja – lepiej się wycofać”. Momentami wystarczy powiedzieć podniesionym głosem pełne imię dziecka, a gdy to nie pomaga – ja się wydzieram. Teraz już mniej, ale ten mój krzyk słyszało całe miasto. A krzyczeć umiem. Ostre „CISZAAAAAA” i od razu wszystko się kończy.

O tym dlaczego nie uderzę moich dzieci napisałam już w TYM wpisie. Dokładnie opisałam tutaj o co mi chodzi i nie chcę się powtarzać. Jeśli nie pamiętasz, bądź nie dotarłaś do tego wpisu – szczerze go polecam. Jestem z niego bardzo dumna, co przekłada się na jego popularność – od początku jak tylko powstał jest w pierwszej 10 najchętniej czytanych wpisów. Bardzo zależało mi na tym by moje wizje wychowywania dzieci podzielała osoba z którą te dzieci mam zamiar wychowywać.

Niestety tak nie było..

Pamiętam ile razu usłyszałam od niego „jakby dostał na pupę od razu by się uspokoił”. Jak? No jakby się uspokoił? Jakbym zadała mu ból, przecież płakał by jeszcze bardziej. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Ból = smutek/płacz/cierpienie a to prowadzi do straty zaufania osoby którą się kocha. Wiedział jakie mam metody wychowania dzieci i albo je akceptował, albo czekało nas rozstanie. W życiu nie pozwoliłabym uderzyć moich dzieci komuś kto jest z nami blisko a co dopiero komuś kto dopiero co do nas dołączył. To był dla mnie priorytet – wspólny front. Początkowo było ciężko, bo ciągle jak nagranie powtarzał mi to okropne zdanie. Jednak nigdy tego nie zrobił. Jakby zrobił, pewnie teraz nie planowalibyśmy ślubu. Gdy się na nich złościł, po prostu wychodził. Nie brał udziału w dalszej rozmowie i wracał po wszystkim.

Teraz jest inaczej. Widzi, że dzieciaki nie są aniołkami – ale żadne dziecko nim nie jest. Śmiem nawet twierdzić, że to które jest bite – jest gorsze. Widzę na naszym osiedlu pewną zależność, nie chcę generalizować bo wiem że są różne przypadki – ale doskonale widać u nas pod blokiem, kto używa klapsa jako „metody wychowawczej”. Te dzieciaki każdą swoją porażkę przechodzą bardzo emocjonalnie, a te emocje rozładowują bijąc inne dzieci. Wracając do tego na czym skończyłam… nasze dwa diabły nie są święte i nigdy nie będą, nie tego od nich oczekuje. Jednak Daniel zaczął dostrzegać że klaps nic nie daje. Nauczył się z nimi rozmawiać, jak potrzeba podniesie głos i pod żadnym pozorem nie podniósł nigdy na nich ręki. Widzi na przykładach wielu osób, że klaps jest bez efektywny. Nie wnosi nic dobrego do zachowania dzieci – a wręcz je pogarsza.

Doszliśmy do takiej sytuacji, gdzie mi kończy się do dzieci cierpliwość częściej i to on zabiera ich do pokoju, tłumaczy co zrobili źle, podnosi czasem głos, zabiera gwiazdki z tablicy motywacyjnej. Nie pamiętam bym w przeciągu ostatniego roku choć raz usłyszała słowa „jakbyś dała im na pupę to by się ogarnęli”Teraz już zna różnicę miedzy klapsem a wychowywaniem w miłości. Pod żadnym pozorem nie mylić tego z wychowywaniem bezstresowym – bo nasze dzieci wychowywane są bardzo stresowo, ale bez bicia. Przestał łączyć te dwa zagadnienia w jedno.

I wiecie z czego się najbardziej cieszę?

Że osoba taka bardzo „za” klapsami u dzieci zmieniła zdanie. Nie zmienił jej dlatego że ja na niego wpłynęłam, zrobił to bo widzi efekty. On jest bardzo dobrym obserwatorem i zobaczył że rozmowa, lekko podniesiony ton głosu zrobią lepsza robotę niż ten okropny klaps. Siłą nic nie zdziałasz, u nas pomogło działanie – obserwowanie – konsekwencja – tłumaczenie a na końcu efekty całej pracy.

You Might Also Like

Brak komentarzy

Odpowiedz

Polub Pierwsze kroki na Facebooku!