Blog

Wywoływanie porodu w szpitalu – moja podwójna historia.

26 lutego 2018

Gdzieś, kiedyś ktoś dowiedział się, bądź wyczytał z poprzedniego bloga funkcjonującego jeszcze na blogspocie.. że miałam wywoływany poród Antka. Tu też pewnie kiedyś to napisałam, ale chcecie więcej. Kobiety w ciąży, zwłaszcza tej pierwszej chcą wiedzieć co je czeka. Ja też blisko 7 lat temu, będąc w pierwszej ciąży była przerażona. Bałam się bólu, którym każdy tak straszył. Bałam się czy dam radę. Dałam. Jak widzisz teraz, dziecko chodzi po tym świecie – dałam radę urodzić i jako tako wychowuje. I już teraz Ci powiem że urodzenie dziecka jest o niebo łatwiejsze niż jego późniejsze wychowanie. Ale nie o tym jest wpis.. wracając do tematu..

Termin porodu Antka miałam dokładnie 21 listopada. Ale wiedziałam już wcześniej że nie ma takiej siły która go do tego dnia wyciągnęła z mojego brzucha. O wcześniejszym porodzie nawet nie chciałam słyszeć. Według zaleceń lekarza, miałam pojawić się 23 listopada u niego by ustalić do dalej. Tego dnia dostałam skierowanie do szpitala na 2 grudnia (no chyba że samo by się coś wcześniej ruszyło – to byłoby super, to miała być moja karta gdyby jednak się nie udało). Przez te kilka dni robiłam chyba wszystko co było bezpieczne dla mnie i dziecka ale przy okazji chciałam ruszyć dziecko do wyjścia.

Nie udało się. Drugiego grudnia o godzinie 8:00 pojechałam do szpitala. Po wszystkich badaniach, dowiedziałam się że bez wywoływania porodu po prostu się nie uda. Mój organizm nie dawał żadnych, nawet najmniejszych sygnałów że jest gotowy do tego by urodzić dziś dziecko. Ba! On nie był gotowy by wydać na świat malucha przez najbliższe dni..  TUTAJ w tym wpisie masz opis tego, jakie odczucia mam po cewniku Foleya. Tego dnia wieczorem czekała mnie jeszcze lewatywa (o tak! i mega za nią dziękuję.. żałuję, że przy drugim porodzie nie było na nią czasu) oraz podłączenie do oksytocyny.

Na efekty nie musiałam długo czekać. Już  rano obudził mnie potworny ból. Poszłam do dyżurki, ale odesłali mnie do pokoju ze słowami „kochanie, to jeszcze potrwa. Możesz pochodzić po korytarzu, bądź położyć się ale na sale porodową za wcześnie”. Nie było z wcześnie. Przyszedł do mnie ktoś kilka minut później, po czym dosłownie biegliśmy na salę. Na inne piętro. Antoś urodził się naturalnie o godzinie 8:27. W książeczce zdrowia, w rubryce „czas trwania porodu” mam zapisane :1 godzina.

Historia lubi się powtarzać..

..bo dokładnie (no, nie licząc dwóch miesięcy) znów byłam w ciąży. Znów byłam bliska rozwiązania i co? Termin porodu już za mną, a dziecko nadal we mnie. Chociaż w międzyczasie zmieniłam ginekologa, znał on doskonale moją historię. Jednym plusem drugiego porodu było to, że macica zaczęła dawać jakiekolwiek sygnały „że to już powoli koniec”. Asystentka ginekologa powiedziała, że z takimi skurczami jakie pokazuje aparat już dawno by mnie przyjęli na oddział. Ale lekarz kazał wracać do domu, bo poza skurczami nie było innych oznak tego, że urodzę sama do soboty (serio kompletnie ich nie czułam! miałam skurcze wg aparatu tak mocne, jak rodzące kobiety ale mnie to wcale nie bolało).

Dostałam skierowanie do szpitala. Sobota 7:00 miałam pojawić się w szpitalu. Byłam, papiery wypełniłam, lekarz mnie zbadał, pielęgniarka pomogła się przebrać, zabrała moją torbę (tak, rodziłam sama) i zabrała mnie na górę. Była 8:30 gdy trafiłam pod skrzydła mojego ginekologa. Tak jak każdemu – dosłownie każdemu!- polecam tego lekarza, tak tego dnia go bardzo nie lubiłam. Nie dlatego że był wredny, oj nie. Wykonywał swoją pracę najlepiej jak umie, a to że nadal do niego chodzę świadczy o tym, że wykonał kawał dobrej roboty! Wracając do tematu bo znów odbiegam..

Nie wiem co on robił. Bolało. Ale po wszystkim stwierdził że.. „cewnik nie będzie już konieczny”. Podłączył mnie pod KTG, a 1,5 godziny! 1,5 godziny! Męka! Nawet książki nie miałam. Była 10:00. Podłączyli mnie pod oksytocynę. Chodziłam sobie tak po sali, patrzyłam na obrazy, zagadywałam do pielęgniarek. W końcu o 10:30 dzwoniłam do wszystkich z rodziny że się nudzę. Z kuzynką rozmawiałam dobre 10 minut. A o 10:46 skończyłam rozmowę słowami „ok kończę, bo coś zaczyna mnie boleć” (tak wiem dokładnie,bo spis połączeń nie kłamał). Nie myliłam się, bo gdy tylko nadusiłam czerwoną słuchawkę przyszedł pierwszy konkretny skurcz. Nogi się pode mną ugięły i musiałam usiąść. Wezwałam położną. Po jej minie wiedziałam że to już, pobiegła po pomoc (w sumie po lekarza mojego, bo to on odbierał poród Blanki). Nie zdążył się ubrać.. krzyczał na mnie że mam nie przeć.. ja nie parłam.. dziecko samo wychodziło. Blanka o 11:08 była na świecie. W książeczce zdrowia, w rubryce „czas trwania porodu” mam wpisane 30 minut.

Czy bolało?

Bolało, nie będę kłamała. Bolało bardzo. Ale na drugi dzień, gdyby nie to że szwy strasznie mi dokuczały nie czułam nic. Chociaż po pierwszym byłam dużo mocniej obolała, po drugim porodzie poszłam tego samego popołudnia od prysznic i pomagałam na sali innym. Babcia dzieci odbierając mnie ze szpitala była w szoku że tak fajnie funkcjonuje. Nie powiem Ci też czy poród przy użyciu oksytocyny boli bardziej niż bez niej, bo nie wiem. Ale z jej użyciem jest do przeżycia. Żyję ja, żyją moje dzieci. Ba! Planujemy z Danielem trzecie dziecko więc urazu nie mam najmniejszego. Mamy nadzieję że za rok uda nam się zacząć tą przygodę kolejny raz 🙂

You Might Also Like

Brak komentarzy

Odpowiedz

Polub Pierwsze kroki na Facebooku!